Angel powoli spacerowała pustymi ulicami, z zaciekawieniem oglądając nocną panoramę miasta. Właśnie zaczął padać śnieg, więc jeszcze mocniej otuliła się swoim fioletowym płaszczykiem. Lekko uniosła rękę, a na jej dłoni łagodnie osiadł samotny płatek śniegu. Wkrótce wszędzie zrobiło się biało, a ona, po prostu nie mogła w tej chwili nie skierować się w stronę parku. Tak bardzo chciała zobaczyć rozłożyste korony rosnących w nim wiekowych drzew, oprószone białym puchem.Po kilku minutach znalazła swoją ulubioną ławeczkę, na której kiedyś, razem ze swoim tatą jadała lody. Jej rodzice rozwiedli się gdy miała zaledwie jedenaście lat. Bardzo chciała zamieszkać z ojcem, ale sąd przyznał opiekę jej matce. Gdy tylko się o tym dowiedziała znienawidziła tą kobieta i jej nowego chłoptasia. Jej ojciec nie mógł się z tym pogodzić. Była jego oczkiem w głowie. To dlatego umarł. Nie przez raka, jak mówili lekarze. To ona go zabiła. Jej okropna matka. Angel szybko odpędziła od siebie te myśli. Miejsce w którym się znajdowała było dla niej świętością. Postanowiła nie myśleć w nim o takich rzeczach. To by było świętokradztwo.
Usiadła na ławeczce i zamknęła oczy. W jej głowie pojawił się obraz uśmiechniętego ojca, trzymającego ją za rękę. A potem jego miejsce zastąpił widok mężczyzny w szpitalnym łóżku podłączonego do setek rurek. Otworzyła torebkę i wyjęła z niej jego zdjęcie. Miał wtedy na sobie jeansy i t-shirt a jednak prezentował się tak dostojnie.
Usłyszała trzask łamiącej się gałązki i pospiesznie schowała zdjęcie do torebki.
- Kto tu...-zaczęła próbując się odwrócić.
Jednak w tej chwili poczuła ostry ból z tyłu głowy. Zobaczyła rozmazanego i zniekształconego człowieka, który w ręce trzymał jakieś tępe narzędzie. Zakręciło jej się w głowie i upadła. Jednak mimo że leżała na grubej warstwie, świeżo nasypanego, śniegu,zamiast zimna, poczuła tajemnicze ciepło, powoli rozchodzące się wokół jej ciała. Ostatnią rzeczą którą zobaczyła, był śnieg, powoli barwiący się szkarłatem jej krwi.
Usiadła na ławeczce i zamknęła oczy. W jej głowie pojawił się obraz uśmiechniętego ojca, trzymającego ją za rękę. A potem jego miejsce zastąpił widok mężczyzny w szpitalnym łóżku podłączonego do setek rurek. Otworzyła torebkę i wyjęła z niej jego zdjęcie. Miał wtedy na sobie jeansy i t-shirt a jednak prezentował się tak dostojnie.
Usłyszała trzask łamiącej się gałązki i pospiesznie schowała zdjęcie do torebki.
- Kto tu...-zaczęła próbując się odwrócić.
Jednak w tej chwili poczuła ostry ból z tyłu głowy. Zobaczyła rozmazanego i zniekształconego człowieka, który w ręce trzymał jakieś tępe narzędzie. Zakręciło jej się w głowie i upadła. Jednak mimo że leżała na grubej warstwie, świeżo nasypanego, śniegu,zamiast zimna, poczuła tajemnicze ciepło, powoli rozchodzące się wokół jej ciała. Ostatnią rzeczą którą zobaczyła, był śnieg, powoli barwiący się szkarłatem jej krwi.
Jaram się. *.* Lubię to opowiadanie, tak sobie stwierdzam ;)
OdpowiedzUsuńKilka drobnych błędów zauważyłam, ale i tak jest genialnie :P
PS Wiem, że mnie kochasz <3
Oczywiście że kocham <3
UsuńDziękuję;)
Łii! <3
OdpowiedzUsuńMasz za co... Żartowałam <3
Czekam z niecierpliwością na pierwszy rozdział <3
OdpowiedzUsuńRusz się! <3
PPPPPPPPPIIIIIIIIISSSSSSSSSZZZZZZZZ!!!!!!!!
OdpowiedzUsuńCHCĘ WIĘCEJ, WIĘCEJ, WIĘCEJ! <33
OdpowiedzUsuńWięcej... więęęcceeeejjj ... zamieniłaś mnie w zachłannego zombie *-* moglabyś ocenić przyjaciółkę? opowiesc-enko.blog.pl
OdpowiedzUsuń